Przychodzę tu dwa razy w tygodniu do mojego przyjaciela Alexego Fitzgeralda. Jest ze mną od zawsze. A raczej - tak mi się wydaję. Obydwoje pochodzimy z zachodniej Francji. Kiedy dowiedział się, że jako jedyna z rodziny nie zgodziłam się na nowe prawo - przekonał swoich bliskich aby także nie podpisywali paktu. Od tego momentu nie przepadają za mną. Uważają, że sprowadziłam ich na złą drogę, że przeze mnie wiodą ciężkie i nędzne życie kmieciona*. Kluczem jest to, że tak naprawdę mają rację. To przeze mnie ledwo wystarcza im na daninę. Pluję sobie w brodę za to, że znajdują się w tak okropnej sytuacji. Nie życzę nikomu życia takiego, jak to. Alexy trafił do więzienia -uwaga!- przeze mnie. Kiedy cztery miesiące temu razem wracaliśmy z bazarku po udanej licytacji świeżego i tłuściutkiego indyka, jakaś starsza przekupka rzuciła się na mnie w celu podwędzenia zdobyczy. Mój obrońca wystraszył się nie na żarty co w jakimś stopniu tłumaczy to, że w odruchu bezwarunkowym przebił starej babie pierś ostrym jak brzytwa sztyletem. Było wtedy po zmroku i jedyną żywą duszą poza nami był przebiegający przez ścieżkę wilczur. Pędem wróciliśmy do chat. Następnego dnia obudziła mnie macocha z wiadomością o zamknięciu Alexego w kiciu. W ramach za dość uczynienia dwa razy w tygodniu przemycam mu trochę suchego ryżu i woreczek wody. Przy dobrej passie raz na miesiąc przynoszę mu kukurydziane ciastko lub bułkę. Sama ledwo się utrzymuję przy pięćdziesięciu jącach na miesiąc skoro jeden chleb kosztuje sto pięćdziesiąt. Ja mogę głodować, ale nie mogę patrzeć na innych, głodujących ludzi. Zbliżając się do wielkiej tablicy obok wejścia do środka podwinęłam ponczo tak, żeby odsłaniało pępek. Po ustawieniu stóp na metalowej płycie pozostaje mi tylko czekać. Nagle z niewielkiego działka wydobywa się laserowy słupek świdrujący mój pępek. To taka procedura, nikt nie wie czemu to służy. Po dwukrotnym sygnale syreny wrota rozsuwają się wpuszczając mnie do ciepłego wnętrza. Żeby dostać się do strefy C14 trzeba iść schodami przez pół godziny. Chyba, że masz siedemdziesiąt jąców na windę. Wycieczka na górę mija w stękach, jękach i bólu. Stopy odmawiają posłuszeństwa po dwudziestu minutach nieprzerwanego marszu. W końcu docieram na miejsce i patrzę na lustrzany zegar na suficie. Punktualnie. Kciukiem dotykam szklanych drzwi i wchodzę brudząc śnieżnobiałą posadzkę mieszanką błota, piachu i śniegu. Alexy dostrzega mnie z drugiego końca celi i na jego twarzy pojawia się uśmiech pełen bólu i smutku. Na ten widok zamiera mi serce. Wygląda o wiele gorzej niż 3 dni temu. Pewnie zwiększyli mu dzienny czas tortur. Ostre kości policzkowe. Sprawiają wrażenie, jakby lada moment miały przeciąć skórę. Wyraźne sińce pod oczami i na powiekach, rozcięte czoło. Podchodzę bez słowa i siadam na lodowatym krześle naprzeciwko.
-Nie znaleźli mordercy ostatnich pięciu ofiar z rynku, więc oskarżają mnie. - Jakby to wyjaśniało jego obecny stan fizyczny. Tępo wpatruje się w moje oczy próbując odczytać to, co zaraz powiem.
-To wszystko przeze mnie. - Rzucam z żalem.
-Tak. - Prawda, że jest uroczy? Doskonale umie poprawić humor, tak że tylko jeszcze bardziej dobija. - Ale nie winię Cie za to.
-Nie?
-Nie śmiałbym. - Wracam wzrokiem do niego. Ma śmiertelnie poważną minę ale zauważyłam odrobinę zmieszania bo właśnie spuszcza głowę. Rozumiem.
Resztę widzenia rozmawialiśmy głównie o mnie, w między czasie podałam mu pod stolikiem ryż i wodę.
-Wrócę. -Mówię całując czubek jego głowy.
Monotonne schodzenie w dół sprawia, że zatracam się w swojej wyobraźni. W myślach smutnych i brutalnych. We wspomnieniach, które nie dają mi spokoju. Ocucam się dopiero kiedy czuję pękający naskórek na zmarzniętych kostkach pięści. Chowam dłonie i patrzę na zbliżającą się postać, która zaraz mnie mija. Ludzie przychodzą i odchodzą. Tak już jest. W oddali pojawia się moja izba. Domem tego nazwać nie można. W domu jest bezpiecznie, a tu nie. Drewniana szopa stojąca na czterech wielkich belach o wysokości dwunastu łokci. Nasza okolica to teren podmokły, bywają zalania - raz na dziesięć lat. Wspinam się na chybotliwej drabinie i wchodzę przez metalowe drzwi do środka. Na samym progu Lynn już zaczyna o czymś szczebiotać.
-Przysłali list ze stolicy. - To ci nowość, co miesiąc takie dostajemy z prośbą o zapłacenie daniny.
-A dlaczego mi o tym mówisz?
-Bo dotyczy Ciebie. - W końcu jakiś konkret. Unoszę brew w geście zapraszającym do dalszych wyjaśnień.
-Madeleine... wybrali Cię na debaty.
~
*kmiecion-osoba najniższej rangi ludu Bloodbonemów
witam serdecznie wszyyyyystkich w drugim ''rozdziale''!
mam nadzieję, że powoli zaczynacie lubić historię Madeleine Freinon.
komentarz=motywacja! pamiętajcie!