sobota, 11 stycznia 2014

List 3

Nie. Stanowczo nie. Ja i debaty? Co za idiota mnie wytypował. Nie w tym życiu. Debaty polegają ma pokazie dwóch najpiękniejszych młodych panien z jednego segmentu. Mój segment nazywa się Stone i ma swój odpowiednik w bogatszej połowie Bloodbonem. Jak wiadomo, ja jestem z tej biednej. Jedno małe ale. Coś mi się nie zgadza. Jeżeli piękno to brud pod obgryzionymi paznokciami, wielkie sińce pod oczami i grymas na twarzy to ekstra. Zawsze wybierali te zadbane, żeby styliści mieli mniej pracy. Ten rok od samego początku był inny. Chociaż równie beznadziejny co poprzedni. Fakt faktem, nigdy nie narzekałam na swą urodę ale widziałam mnóstwo ładniejszych ode mnie dziewczyn w segmencie. Musiała nastać jakaś niewiarygodna pomyłka. 
-Przecież wiesz, że to niemożliwe. -Mówię skubiąc zdarty naskórek na dłoniach.
-Nie sądzę, żeby władze ludu dopuściłyby się tak nieodpowiedzialnego błędu w Organie Wyboru.
-Ja też. Daj ten list. -Lynn podaje mi sztywną kartkę. Poznaję jej materiał. To papier ryżowy. Takiego samego ojciec używał do pism żandarmeryjnych.


Bourot, 21 lutego 2112 roku. 

Uprzejmie zawiadamiam, że Madeleine Breinan 
ma stawić się w stolicy dnia 25 lutego 2112 roku 
 na uroczystości corocznych debat.
P.S. Wszystkie koszta (transport, pobyt, zakwaterowanie, żywność) poniesie Vincent Bloodbon.

Z wyrazami szacunku
przewodniczący Organu Wyboru
~ Vincent Bloodbon

Cholera jasna. Nie mieści mi się to w głowie. Przyrzekam, że gdyby Alexy widział moją minę w tym momencie płakałby ze śmiechu. Alexy. Jak ja mu to wszystko powiem? Prędzej on tam pojedzie, niż puści samą. Prawdą jest, że na debatach dochodzi do okropnych czynów. Często kobiety znikały na bankiecie i słuch o nich ginął. Gwałty, bicie. Mogę tylko modlić się i błagać los, żeby ze mną było inaczej. 
-Istnieje możliwość odmowy?
-Tak. -Lynn tym słowem sprawia, że mój przyspieszony puls powoli wraca do normy. Jednak tylko na chwilę. -Jeżeli twój stan zdrowia równa się śmierci. -No to świetnie. Nie pozostaje mi nic, tylko odliczać do koszmaru.
-Trudno. -Mówię żeby delikatnie ją zbyć  i idę do zaplecza. Tam znajduje się wiadro wody i wielka gliniana misa przytwierdzona do drewnianej podłogi. Wchodzi się do niej, żeby nie rozpryskiwać wody po ścianach. Kiedy na początku miesiąca dostajemy jące udaje się nam kupić kilka cytryn. Dobrze zmywają brud i ładnie pachną. Na naszym terenie nie trudno o ich uprawę, więc nie są drogie. Zdejmuję ponczo, bluzkę i skórzane spodnie. Bieliznę piorę w rękach i wieszam na sznurze biegnącym przez całe pomieszczenie. Trę plastrem cytryny ciało starając się zmyć z siebie strach. Musze odwlec stresujące myśli na wyjazd do Bouret. Póki co, zachowanie zimnej krwi wydaj się najsłuszniejsze. Wilgotne od potu włosy polewam zimną wodą z wiadra spłukując lepiący sok z cytrusa. Napięcie powoli ustaje. Wkładam suchą bieliznę, bluzkę i spodnie. Włosy przeczesuję palcami, chwytam ponczo i zmierzam do korytarzyka. Przekraczam próg kuchenki i siadam na stołku. Muszę się mocno unieść, bo siedzenie sięga mi do bioder, prawie do wcięcia w talii. Czekam aż moja młodsza przyszywana siostra zacznie czystą szmatką suszyć mi włosy. Zawsze czerpie z tego przyjemność, a ja wręcz przeciwnie więc zostawiam to dla niej. Vee po krótkiej chwili konsternacji zabiera się do roboty.
-Mama powiedziała mi o debatach. -Jej zraniony głos wyraża wiele tłumionych emocji. -Nie chcę żebyś wyjeżdżała.
-Ja też nie. Ale muszę. -Odpowiadam usiłując zachować normalny ton. Vee jest najnormalniejszą osobą w okolicy. Można z nią porozmawiać. O wszystkim. Inni ludzie po wojnie w głowie mają papkę, i ci starsi i młodsi. Jest o wiele dojrzalsza od swoich rówieśników. Ma dwanaście lat a mentalnie dwadzieścia. Kocha wszystkich z całego serca ale i tak najbardziej troszczy się o mnie.
-Gotowe. -Mówi i natychmiast wychodzi. Zeskakuję z krzesełka i truchtam za nią. Zwykle kiedy opuszcza pokój bez słowa to znak, że idzie się wypłakać lub pogłaskać gołębie. W tym momencie nie mam wątpliwości. Nie lubię kiedy płacze. Pada na cienki materac na żelaznej ramie łóżka.
-Mam dzisiaj spać z Tobą?
-Każdej nocy, aż do dnia wyjazdu. -Vee cicho pochlipuje, starając się wypowiadać każde słowo na tyle wyraźnie, żebym zrozumiała. Zdejmuję spodnie i kładę się obok mocno ją przytulając. Po chwili łzy zaczynają spływać po moich policzkach jak nawałnica podczas burzy magnetycznej w 1859. Nie hamuję tłoczących się we mnie emocji. Niech wyjdą na wierzch. Zwykle nie płaczę, jeżeli już to samotnie.
-Dobranoc Maddie.
-Śpij dobrze.




 ~
bardzo przepraszam za tak długą nieobecność, ale mam zagrożenie
które wypadałoby poprawić :)

druga kwestia która wymaga przeprosin to nuda w rozdziale.
chociaż, nie. nie przepraszam za to, bo niektóre rzeczy wymagają wyjaśnienia
i w tym rozdziale jest ich trochę.

cześć!